Koronka klockowa stała się dla niej czymś więcej niż rzemiosłem – jest codzienną praktyką, pasją i sposobem myślenia o formie. Małgorzata Grochola, od lat związana z Krakowem, swoją przygodę z koronką rozpoczęła w 2011 roku na warsztatach „Czar nici” prowadzonych przez Jadwigę Węgorek, znaną krakowską koronczarkę. To właśnie wtedy, po pierwszych doświadczeniach z frywolitką, odnalazła technikę, która pozwoliła jej połączyć precyzję z twórczą swobodą.
Dziś jest laureatką licznych nagród i wyróżnień, twórczynią własnych wzorów oraz rekonstruktorką historycznych koronek, a jej prace prezentowano na dziesiątkach wystaw. Jak sama podkreśla, cała istota koronki klockowej opiera się na dwóch prostych ruchach nitek, których nieskończone kombinacje dają nieograniczone możliwości. O pracy, cierpliwości i geometrii zaklętej w splocie koronki opowiada w poniższym wywiadzie.

Fot. Bartosz Cygan
Małgorzato, przygoda z koronką klockową towarzyszy Ci od kilkunastu lat. Jak wyglądały Twoje początki nauki tej techniki rękodzielniczej?
Małgorzata Grochola: Był to rok 2011. Po rocznym okresie choroby poczułam potrzebę nauczenia się nowej techniki rękodzielniczej. Początkowo interesowała mnie frywolitka, a nie koronka klockowa. W poszukiwaniu kontaktów i inspiracji wybrałam się na Międzynarodowe Targi Sztuki Ludowej w Krakowie.
Dlaczego zdecydowałaś się właśnie na frywolitkę?
MG: Po prostu bardzo chciałam się jej nauczyć – to było moje marzenie. Frywolitka urzekła mnie swoją piękną, delikatną formą. Podczas Międzynarodowych Targów Sztuki Ludowej w Krakowie odwiedziłam wszystkie stoiska i tylko na jednym, u pani Jadwigi Węgorek, znalazłam informację o prowadzonych warsztatach. Był to koniec sierpnia, a już w pierwszy czwartek września uczestniczyłam w zajęciach.
Frywolitki uczyłam się przez dwa i pół miesiąca. W tym czasie skompletowałam cały warsztat koronczarki i stopniowo przeszłam na koronkę klockową. Początkowo nauka tej techniki miała rozpocząć się w styczniu, jednak już w listopadzie zaczęłam pierwsze zajęcia.

Gdzie rozpoczęłaś naukę?
MG: Uczyłam się w tzw. budynku „Nafty” przy ulicy Lubicz w Krakowie, gdzie pani Jadwiga Węgorek prowadziła warsztaty. Wcześniej zajęcia odbywały się w innym miejscu, ale nie miałam o tym wiedzy – wcześniej niczego nie szukałam i nie podejmowałam takich inicjatyw. Chciałam się rozwijać, jednak chyba trochę się bałam zrobić ten pierwszy krok. Dopiero choroba sprawiła, że pomyślałam: skoro naprawdę tego chcę, to muszę spróbować.
Kto był Twoją pierwszą nauczycielką?
MG: Moją pierwszą i jedyną nauczycielką była pani Jadwiga Węgorek. Przez kilka lat spotykałyśmy się regularnie na warsztatach.
Co z tamtego etapu nauki okazało się dla Ciebie szczególnie ważne?
MG: Przede wszystkim niezwykle istotny był sam kontakt z panią Jadwigą Węgorek, która jest pierwszą w Krakowie twórczynią ludową zajmującą się koronką klockową. Od ponad 25 lat prowadzi swoje warsztaty, przez które przewinęło się bardzo wiele osób.
Dla mnie szczególnie ważna była jednak praca przy projekcie „Powrót do tradycji”, realizowanym na przełomie lat 2014 i 2015. W 2015 roku podczas Międzynarodowego Festiwalu Koronki Klockowej w Bobowej zaprezentowałyśmy wystawę, co oznacza, że przygotowania musiały rozpocząć się co najmniej rok wcześniej. Pracowałyśmy wówczas nad wystawą jubileuszową, a jedno z pytań – „Co było wcześniej?” – zapoczątkowało poszukiwania dawnych wzorów.
Zaczęłyśmy od serwetek wykonywanych przez kobiety, które wcześniej uczyły koronki klockowej w Krakowie: panią Zofię Dunajczan oraz Olgę Szerauc. Ja zajmowałam się odtwarzaniem wzorów, a Jadwiga Węgorek dokumentacją. Projekt zakładał opracowanie i odtworzenie tych dawnych wzorów – i właśnie od tego wszystko się zaczęło.
Szczególnie cenna była dla mnie praca nad starymi motywami. Wszystkie wzory, które odnowiłyśmy, przeszły przez moje ręce. Czasem odtwarzałam je od podstaw, rysując wzór na nowo, z uwzględnieniem wszystkich elementów. Innym razem dysponowałam jedynie starą serwetką lub jej kolorową kserokopią i na podstawie tych materiałów przygotowywałam dokładne rysunki wzorów.

Czy dobrze rozumiem, że później odtwarzałaś te dawne wzory?
MG: Tak. Na początku, gdy przerysowywałam pierwsze wzory, nie miałam jeszcze pewności, czy są one poprawne, dlatego najpierw sama je wykonywałam i testowałam. Po wykonaniu kilku kolejnych nabrałam już większej pewności i wtedy przekazywałam same wzory koleżankom, które mogły je dalej realizować.
Czy była to tzw. koronka krakowska?
MG: Tak to oceniamy, ponieważ panie Zofia Dunajczan i Olga Szerauc uczyły koronki właśnie w Krakowie. Zachowały się również informacje, że pani Dunajczan projektowała własne wzory. Była także pani Maczek, która również je rysowała, jednak z nią nie miałam bezpośredniego kontaktu. Dopiero później okazało się, że mieszkała niedaleko mnie. Znam ją jedynie z nazwiska – na niektórych wzorach zachował się jej podpis jako autorki.
Koronka klockowa jest jedną z najstarszych technik, zbliżoną do tkania. Czy mogłabyś w kilku zdaniach opisać podstawowe zasady, według których powstają koronki?
MG: Pracę nad koronką klockową zaczyna się od przygotowania warsztatu. Potrzebny jest stojak – może to być stojak wolnostojący, stołowy albo nawet koszyczek – oraz wałek lub poduszka, które stanowią podstawę do pracy. Wałki mają najczęściej kształt walca, ja jednak osobiście preferuję płaskie poduszki, ponieważ pracuje się na nich wygodniej. Najważniejsze jest to, by była to stabilna powierzchnia, na której można przypiąć wzór.
Do wałka lub poduszki przypina się dokładnie narysowany wzór, a następnie pracuje się przy użyciu klocków z nawiniętymi nićmi. Każda para klocków nawinięta jest z obu końców jednej nici, a całość konstrukcji stabilizuje się za pomocą szpilek.
Choć koronka klockowa kojarzy się z pleceniem, w rzeczywistości w wielu momentach przypomina tkanie – pojawiają się wątek i osnowa. Różnica polega na tym, że nici nie są na stałe zamocowane jak na krośnie, lecz swobodnie nawinięte na klocki, co pozwala na dużą elastyczność pracy.

Czy można powiedzieć, że klocek w koronce klockowej zastępuje czółenko?
MG: Tak, z tą różnicą, że nie pracujemy jednym czółenkiem. Zawsze używa się par klocków – jednej i drugiej – które są ze sobą przeplatane. Sposób pracy zależy od wzoru oraz indywidualnego tempa i stylu koronczarki.
Jaki jest stopień trudności nauki tej techniki? Czy każdy zainteresowany może ją opanować?
MG: Moim zdaniem każdy może się nauczyć koronki klockowej, pod warunkiem, że przychodzi z otwartą głową i nastawieniem „mogę się tego nauczyć”. Jeśli ktoś od razu mówi „nie umiem” lub „nie dam rady”, blokuje się już na samym początku.
Przykładem jest moja mama, która w wieku 78 lat postanowiła spróbować – wcześniej przez 10 lat nie chciała się uczyć, mimo że miałam klocki i pokazywałam technikę. Opanowała podstawy i była w stanie samodzielnie tworzyć własne koronki. Nie wprowadzałam jej bardziej skomplikowanych wzorów, a mimo to nauczyła się w wieku 78 lat, choć nigdy wcześniej nie szydełkowała ani nie robiła na drutach.
Uważam, że osoby, które wcześniej pracowały manualnie, szybciej przyswajają techniki rękodzielnicze, ale cierpliwość i otwarta głowa są kluczowe dla każdego, kto chce spróbować.
Dodatkowo mogę powiedzieć, że w prowadzeniu warsztatów zauważyłam, że dzieci bardzo szybko uczą się podstaw koronki klockowej. Może nie od razu wszystkich szczegółów, ale bardzo szybko łapią zasady tworzenia.
Innym przykładem jest mój mąż, który także nauczył się podstaw i potrafi wykonywać z koronki zakładki do książek, choć nigdy wcześniej nie miał szydełka ani doświadczenia w rękodziele.
Dla mnie koronka klockowa jest techniczną formą rękodzieła – opiera się na określonych zasadach. Jeśli będziemy się ich trzymać, praca powinna wyjść poprawnie i efektownie.

Czym różni się technika małoparkowa od wieloparkowej i z jakimi wyzwaniami wiąże się praca z tą drugą metodą, w której Ty pracujesz?
MG: Technika małoparkowa – jak sama nazwa wskazuje – opiera się na pracy niewielką liczbą par klocków. Najczęściej tworzy się w niej pasek płócienkowy, który jest tkany i układany w określony wzór, a przestrzenie pomiędzy jego zawijasami wypełnia się tłem. W takim stylu wykonywana jest na przykład koronka bobowska. Ten sposób pracy określa się jako małoparkową koronkę słowiańską, czasem nazywaną także tradycyjną.
Z kolei technika wieloparkowa polega na jednoczesnej pracy wieloma parami klocków. Wymaga ona znacznie większej koncentracji, dobrej organizacji pracy oraz większego doświadczenia, ponieważ wszystkie pary muszą być kontrolowane równocześnie. To sprawia, że jest to technika bardziej wymagająca, ale jednocześnie daje większe możliwości kompozycyjne.
Ile par klocków potrzeba minimum, a ile maksymalnie przy pracy nad koronką?
MG: Moje maksimum to 75 par klocków. Jeśli chodzi o minimum, pracowałam przy 11 parach – były to niewielkie okrągłe formy, do około 12 centymetrów średnicy.

Czy nauka koronki zawsze zaczyna się od mniejszej liczby par klocków, a następnie stopniowo się ją zwiększa? Jak wygląda to w praktyce?
MG: Wiele zależy od stylu koronki, ale naukę zaczynamy od prostych form. Pracujemy na wąskich paseczkach, ponieważ na tym etapie najważniejsze jest nauczenie odpowiedniej pracy rąk. Chodzi o to, aby osiągnąć pewien automatyzm – żeby nie zastanawiać się za każdym razem, co zrobić z rękami i jak przełożyć klocki, tylko mieć już ten nawyk. Wtedy możemy skupić się wyłącznie na wzorze.
Ręce same wiedzą, co mają robić.
To właśnie jest pamięć manualna, którą rozwijają także muzycy – dzięki niej potrafią później mierzyć się z coraz trudniejszymi utworami.
MG: Często porównuję to do nauki czytania i pisania u dzieci. Na początku każde dziecko zastanawia się nad kształtem liter, a my jako dorośli robimy to już zupełnie automatycznie. Dokładnie tak samo jest w przypadku koronki.

Twoje koronki powstają z dużą precyzją i zaangażowaniem. Ile czasu dziennie jesteś w stanie poświęcić pracy z klockami?
MG: Maksymalnie mogę spędzić przy koronce nawet do dziesięciu godzin dziennie, szczególnie gdy mam konkretny projekt i zależy mi, aby wykonać go możliwie szybko. Na co dzień jednak optymalny czas pracy to około sześciu / ośmiu godzin.
Czy masz już na tyle podzielną uwagę, że podczas pracy możesz jednocześnie słuchać lub oglądać coś innego? Jak to wygląda w praktyce?
MG: Zawsze. Nie potrafię oglądać filmu bez robótki, ale z drugiej strony samo robienie koronki też mi nie wystarcza – brakuje mi wtedy obrazu, na który mogę od czasu do czasu spojrzeć. Zawsze mówię, że muszę mieć „na co rzucać okiem”. Ręce pracują, słychać charakterystyczny stukot klocków, a ja jednocześnie mogę jeszcze coś oglądać.

Analizując Twoją twórczość, można zauważyć, że Twoje wzory są bardziej uporządkowane i geometryczne niż wiele tradycyjnych realizacji. Jak określiłabyś dziś swój styl rękodzielniczy?
MG: Jest to koronka klockowa wieloparkowa, oparta na schemacie siatki, na której tworzy się wzory. W przypadku bieżników czy kwadratowych serwet jest to siatka prosta. Przy formach okrągłych układa się ona nieco inaczej, ale nadal pozostaje prostą, logiczną konstrukcją.
W Twoich projektach widać wyraźnie uporządkowany, geometryczny charakter. Na ile narzuca go sama siatka, a na ile jest to Twoja autorska decyzja?
MG: To, co rysuję – a czasem od razu wykonuję bezpośrednio na siatce – jest wyłącznie tym, co sama chcę tam umieścić. Decyzje dotyczące formy, na przykład tego, czy wachlarzyki na brzegu będą większe czy mniejsze, zakończone czubkiem czy ścięte, należą tylko do mnie.
Siatka pomaga natomiast w osadzaniu elementów – zarówno na etapie rysowania, jak i komponowania wzoru. Ułatwia orientację, ponieważ miejsca, w których należy wbijać szpilki, wyznaczają punkty przecięcia siatki. Dzięki temu całość pozostaje uporządkowana i czytelna.

Od kilku lat tworzysz głównie według własnych wzorów. Jak wygląda proces powstawania nowego projektu – od pomysłu do gotowej koronki?
MG: Kiedy tworzę nowy wzór na siatce, celowo pomijam niektóre punkty i w ten sposób stopniowo wyłania się kompozycja. Co ważne, same siatki wykonuję własnoręcznie – nie korzystam z programów komputerowych, bo ich po prostu nie używam. Rysuję je tradycyjnie, za pomocą cyrkla, linijki i ekierki.
Sama zaprojektowałam kilka rodzajów siatek. Na przykład jedna z nich ma 48 punktów w obwodzie i wiem, że nadaje się do określonej grupy serwetek. Mniejsze siatki mają 36 punktów w jednym okręgu. Dzięki temu od razu wiem, na ile części mogę podzielić całość – na sześć, osiem lub inną liczbę segmentów, w zależności od siatki. Wystarczy, że zaprojektuję element w jednym sektorze, a on powiela się w całej serwetce.
Czy dokumentujesz i archiwizujesz swoje projekty? Jak ważna jest dla Ciebie pamięć o wcześniejszych realizacjach?
MG: Tak, każdy wzór dokumentuję. Po wykonaniu serwetki rysuję wzór i zaznaczam na metryczce jego rozmiar, datę powstania oraz ilość par klocków. To są te wzory gotowe do użycia, bo w praktyce już nie robię koronek według wcześniejszych rysunków – pracuję bezpośrednio na siatce punktowej. Doszłam do momentu, w którym nawet nie muszę mieć gotowego wzoru: wystarczy, że zaznaczę sektory szpilkami na siatce.
Doświadczenie pokazuje mi, że rysowanie pełnego wzoru na początku mogłoby ograniczać kreatywność. Jeśli mam tylko punkty, mogę w dowolnym momencie wstawić coś innego – na przykład zamiast pajączka zrobić kosteczkę płócienkową, zmienić siatkę albo dodać dziurki. To nie ogranicza, a wręcz zmusza do myślenia nad tym, co robię.
Wcześniejsze wzory zapisuję fragmentarycznie – w ćwiartkach lub połówkach siatki – i mam tam oznaczone, kiedy i gdzie je rysowałam. Czasami zdarzało się, że tworzyłam je w pociągu albo u mamy. Oryginały, które tworzę ręcznie, oznaczam od lewej strony na czerwono, żeby wiedzieć, który powstał pierwszy. Później robię z nich ksero i udostępniam innym. Obecnie mam takich wzorów ponad 200.

Twoje życie jest dziś silnie związane z koronką – pracujesz nad nią niemal codziennie, także poza domem. Czy taka regularność pracy i oddawania się koronce jest warunkiem utrzymania warsztatu oraz wewnętrznego spokoju?
MG: Tak, jeśli chodzi o spokój – zdecydowanie. Warsztat nawet wtedy, gdybym przez miesiąc nie robiła koronki, nie zanika; on zostaje. Natomiast brakowałoby mi wyciszenia i równowagi, gdybym nie mogła tworzyć. Mam nawet tzw. zestaw podróżny, który mogę wyjąć w każdej chwili – choćby w pociągu – i pracować.
Co najbardziej inspiruje Cię w procesie tworzenia nowych wzorów: tradycja, natura, geometria, a może wyobraźnia?
MG: Chyba wyobraźnia połączona z geometrycznymi wzorami. To jest wręcz pewien przymus tworzenia. Te formy wychodzą bardziej ze mnie samej niż z tego, co istniało wcześniej.
Chcesz tworzyć własne formy i nie opierać się bezpośrednio na tradycji, traktując ją raczej jako inspirację?
MG: Tradycja jest dla mnie punktem wyjścia. Na tym etapie nie chcę odtwarzać dawnych wzorów. Siadam przed kartką z punktową siatką i pozwalam sobie na swobodę: tu stawiam kreskę, tam kolejną – i w ten sposób rodzi się nowy wzór.

Czy zdarza się, że podczas pracy nad koronką napotykasz trudności? Jak sobie z nimi radzisz?
MG: Zdarzają się dni, kiedy klocki się plączą i nic nie chce się układać. Wtedy najlepiej odłożyć pracę, zająć się czymś innym i dać odpocząć głowie – szczególnie gdy jest zaprzątnięta innymi sprawami. Zaczynam wtedy popełniać błędy, więc trzeba po prostu zrobić przerwę.
Poza pracą na klockach tworzę również na szydełku, także według własnych wzorów. To jest dla mnie dobra odskocznia i zmiana rytmu, bo skupianie się cały czas na jednej technice byłoby dla mnie niewystarczające.
Małgosiu, oprócz tworzenia własnych koronek – które są dla Ciebie największą przyjemnością – zajmowałaś się także rekonstrukcją wzorów dawnych mistrzyń, m.in. Zofii Dunajczan i Olgi Szerauc. Co dała Ci praca z historycznym materiałem i dawnymi schematami?
MG: Tą rekonstrukcją zajmowałam się w latach 2015-2020; obecnie już nad tym nie pracuję. W tamtym czasie opracowałam około 90-100 wzorów. A co mi to dało? Przede wszystkim odwagę – odwagę, by wejść we własne projekty.
Pracując nad tymi wzorami, musiałam bardzo dokładnie analizować przebieg nici. Było to mniej więcej cztery lata po rozpoczęciu nauki koronki, więc dość wcześnie. Jednak możliwość obcowania ze starymi, często zniszczonymi koronkami – oglądania ich, dotykania, analizowania – oraz próba narysowania schematu w taki sposób, by wiernie oddać wzór i umożliwić jego wykonanie, bardzo mnie rozwinęły i ukształtowały jako twórczynię.
Dzięki pracy nad serwetkami dawnych mistrzyń odkryłam rozwiązania, na które sama mogłabym nigdy nie wpaść – na przykład sposoby przerabiania par nici między sobą, by osiągnąć konkretny efekt. To był bezpośredni kontakt z techniką i myśleniem tamtych twórczyń.
Warto dodać, że część tych prac pochodziła nawet z lat 60. XX wieku. Były one często mocno zniszczone – nici podarte, zużyte – co dodatkowo uświadamiało mi ich wartość i kruchość.

Wspominasz o kontaktach międzynarodowych, zwłaszcza ze Słowacji i Węgier. Jak te spotkania wpłynęły na Twoje postrzeganie możliwości koronki klockowej w innych regionach Europy?
MG: Zdecydowanie poszerzyły moje horyzonty w myśleniu o koronce. Pierwszy zagraniczny wyjazd, w którym miałam okazję uczestniczyć, odbył się w 2014 roku na Węgry.
Podczas tego spotkania uczyłyśmy się elementów tzw. hunni— węgierskiej techniki koronkarskiej. Pani Ewa Turosz, można powiedzieć, „rozgryzła” tę technikę: miała prace wykonane w tym stylu, składające się z drobnych elementów, i na ich podstawie wszystko przerysowała oraz opracowała schematy.
Te schematy były narysowane z taką precyzją, że wystarczyło na nie spojrzeć, aby móc samodzielnie pracować – nawet bez próbek. To uświadomiło mi, że w koronce właściwie wszystko jest możliwe.
Koronka hunni jest bardzo płynna: z jednego okrążenia wyprowadza się nici do kolejnego i tymi samymi nićmi wykonuje się następne elementy. W Polsce natomiast pracujemy inaczej – od początku do końcaokrążenia, a na końcu nici się ucina. Tam nici „przechodzą dalej”, co całkowicie zmienia sposób myślenia o konstrukcji koronki.
Podczas festiwalu koronki klockowej, który w rzeczywistości przypominał bardziej konferencję niż typowe warsztaty – odbywały się tam wykłady i spotkania – uczestniczki miały do dyspozycji tłumaczkę. Na samych warsztatach jeszcze jej nie było, więc każdy radził sobie w swoim języku: Ewa pokazywała technikę po węgiersku, a uczestniczki odpowiadały po polsku. Mimo bariery językowej udało się porozumieć – krok po kroku powtarzały pokazywane ruchy i efekty pojawiały się na koronkach.
Warsztaty dały mi ogromną wartość praktyczną. Ewa pokazała, jak można zakończyć jedną nitkę z każdej pary w trakcie pracy nad koronką, zamiast zostawiać ją na później. Teraz przerobiłamtę technikę na własny sposób: większość nici kończę już w trakcie pracy, co zmniejsza liczbę wolnych końcówek do zszycia, a jednocześnie sprawia, że nici układają się w taki sposób, że miejsca zakończeń są niemal niewidoczne. Czasem sama muszę się chwilę zastanowić, w którym miejscu skończyłam – tak subtelnie wkomponowane są w całość wzoru.

Jesteś laureatką wielu nagród i wyróżnień. Które z nich miały dla Ciebie szczególne znaczenie i dlaczego?
MG: Wszystkie są ważne, ale najbardziej zaskakujące było pierwsze miejsce, które zdobyłam w 2013 roku. Nie planowałam zgłaszać pracy na konkurs – to był Ogólnopolski Konkurs Koronki Klockowej w Bobowej, a wtedy moja mama kończyła 70 lat i chciałam jej zrobić prezent. Zawsze, kiedy uczyłam się nowej techniki, robiłam coś dla mamy, więc skoro uczyłam się koronki klockowej, postanowiłam stworzyć coś w tej technice.
Od Jadwigi Węgorek dostałam wzór. Nie był do końca w moim stylu, więc przerysowałam go i uporządkowałam na swój sposób. Było trochę wyzwań – bieżnik miał 1,20 m długości, a mój wałek tylko 80 cm w obwodzie. Musiałam więc podzielić pracę: zrobiłam do połowy tasiemkę, środek i część zewnętrzną, a następnie powtórzyłam to samo dla drugiej połowy bieżnika. Miałam mało klocków, więc czasem trzeba było odwijać nici, żeby nawinąć je z powrotem na kolejny element. Dzięki temu mogłam obserwować efekt i stopniowo poprawiać pracę.
W koronce klockowej efekt widać dopiero po odpięciu od wałka – prawej strony nie widać podczas samego splatania nici. Dlatego możliwość podglądania postępu była dla mnie bardzo ważna. Kiedy Jadzia zasugerowała, by zgłosić bieżnik na konkurs, zrobiłam to, mimo że dopiero od 2011 roku uczyłam się koronki – i zdobyłam pierwsze miejsce w kategorii „Koronki tradycyjnej małoparkowej”.
A Twoje ostatnie nagrody?
MG: Co roku coś dostaję J Od 2013 do 2025 roku, z jednym wyjątkiem, kiedy przygotowywałyśmy wystawę w ramach projektu rekonstrukcyjnego „Powrót do tradycji”, brałam udział w konkursach. W tym czasie zdobyłam 6 pierwszych miejsc, 3 drugie miejsca, 2 trzecie miejsca i jedno wyróżnienie w samej Bobowej.
Do tego dochodzą wyróżnienia w Częstochowie („Koronka. Tradycja”), trzy razy w Kamiennej Górze (dwa razy pierwsze miejsce i wyróżnienie), oraz dwa razy w Centralnym Muzeum Włókiennictwa w Łodzi, gdzie przyznawane są tylko wyróżnienia. Na Węgrzech zdobyłam 3. miejsce w konkursie na torbę codzienną z koronką. Ważna była też nagroda w 2017 roku, kiedy po raz pierwszy zrobiłam trzy bieżniki według własnych projektów.

Co roku prezentujesz swoje prace podczas targów na krakowskim Rynku, występując w stroju krakowskim. Jak odbierają Twoją twórczość przypadkowi odbiorcy i turyści?
MG: Już od 11 lat jestem na targach. Zaskakujące jest to, że zagraniczni goście często rozpoznają koronki klockowe. Hiszpanki mówią „bolillos”, Włoszki – „tombolo”, Niemcy – „klöppeln”, a w angielskim to „bobbin lace”. Polacy w większości przypadków nie wiedzą, co to jest, nawet mieszkańcy Krakowa często mówią, że widzą coś takiego po raz pierwszy.
Jak łączysz pasję do koronki z innymi zajęciami w życiu codziennym? Czy koronka wpływa też na Twój rytm dnia i samopoczucie?
MG: Mam wspaniałego męża, który wyręcza mnie w wielu pracach domowych, w tym w gotowaniu i codziennych obowiązkach, dzięki czemu mam więcej czasu na koronkę. Wszystkie święta przygotowuję jednak sama, więc wtedy pełna odpowiedzialność spoczywa na mnie – ale cieszę się, że mogę łączyć twórczość z codziennością.
Bardzo często jest tak, że kiedy mam coś rozpoczętego albo realizuję zamówienie, wstaję i jeszcze przed śniadaniem siadam do koronki. Potem jem śniadanie i znów do niej wracam. Robię krótkie przerwy, ale w zasadzie koronka towarzyszy mi przez cały dzień – chyba że muszę wyjść z domu, wtedy trochę żal mi tego straconego czasu. Mam wrażenie, że gdyby odebrać mi możliwość robienia koronki, to tak, jakbym przestała być sobą w pełni. To wewnętrzna potrzeba tworzenia, bardzo silna i nieodłączna część mnie.

Jakie są, Twoim zdaniem, trudne strony zawodu koronczarki, o których rzadziej się mówi?
MG: Przede wszystkim koronka wymaga ogromnej ilości czasu – a tego czasu nie zawsze jest wystarczająco dużo. To jedna strona medalu. Druga to wycena pracy: skoro wykonanie koronki zajmuje tak wiele godzin, bardzo trudno jest ją uczciwie wycenić. Kiedy ktoś chce coś ode mnie kupić, jedni mówią, że to za drogie, a inni, gdy słyszą, ile czasu zajmuje wykonanie, twierdzą, że powinnam liczyć nawet trzy razy więcej. Ale w praktyce tak się nie da.
Kolejną trudnością jest brak dostępu do dobrych nici. Obecnie kupuję je głównie w Czechach albo na Słowacji, przy okazji targów i festiwali. Łączę nici bielone, kremowe ecru oraz tzw. szare — czasem o delikatnym, szaro-brązowym odcieniu. Ważne jest, by były cienkie i gładkie, a z tym bywa różnie.
I tu wracamy do tradycji, bo polska koronka klockowa jest przede wszystkim lniana – i ja tej tradycji nadal jestem wierna. Uwielbiam zapach lnu: kiedy wyjmuję gotowe serwetki z pudełka czy woreczka, ten naturalny aromat jest po prostu piękny.
Jak widzisz przyszłość koronki klockowej? Czy ma szansę przemówić także do młodszych odbiorców?
MG: To w dużej mierze zależy od tego, czy ktoś chce wejść w rękodzieło i poświęcić mu czas. Jeśli chodzi o samo tworzenie, widzę duży potencjał. Moja synowa uczyła się u mnie koronki i dziś potrafi projektować własne kompozycje oraz je wykonywać. Bardzo szybko opanowała zasady – ma umysł ścisły, a jednocześnie artystyczną duszę związaną z muzyką. Wydaje mi się, że osoby o takim profilu łatwiej odnajdują się w tym stylu koronki.
Mam też koleżankę, która trafiła na koronkę zupełnie przypadkiem. Podczas targów stanęła za mną i z fascynacją patrzyła, jak siedzę przy warsztaciku i pracuję. W pewnym momencie odwróciłam się i uśmiechnęłam do niej – wtedy odważyła się podejść i zapytać. Było to w czasie pandemii, a dziś projektuje już własne wzory, choć w nurcie koronki dowolnej.

Czy myślałaś o przekazywaniu swojej wiedzy i doświadczenia kolejnym pokoleniom koronczarek i koronczarzy?
MG: Tak, choć początkowo nie była to moja inicjatywa – raczej odpowiedź na propozycje prowadzenia warsztatów. Wszystko zaczęło się od tego, że razem z koleżankami założyłyśmy Stowarzyszenie Koronczarek Ziemi Krakowskiej. Sama koronka klockowa została wpisana na Krajową Listę Niematerialnego Dziedzictwa w 2016 roku, a w 2018 roku powołałyśmy stowarzyszenie.
Dzięki temu mamy dziś znacznie większe możliwości działania. Jako stowarzyszenie jesteśmy objęte opieką Centrum Interpretacji Niematerialnego Dziedzictwa przy ul. Szpitalnej – oddziału Muzeum Krakowa – gdzie prowadzimy warsztaty. Kiedyś odbywały się dwa razy w miesiącu, obecnie raczej raz w miesiącu, dla wszystkich chętnych. Dysponujemy dziesięcioma stanowiskami koronczarskimi, więc tyle osób możemy przyjąć, jeśli nie mają własnych warsztatów. Jeśli ktoś ma swój sprzęt, może dołączyć kilka osób więcej. Warsztaty prowadzą koronczarki należące do stowarzyszenia.
Lubię tę edukacyjną formę kontaktu, choć początki były dla mnie osobiście bardzo trudne. W swojej pracy często operuję wieloma parami klocków naraz, a podczas nauczania trzeba pokazywać wszystko „para po parze”. Miałam na przykład problem z tłumaczeniem pracy w tzw. pajączku – gubiły mi się klocki. Gdybym wzięła wszystkie naraz, zrobiłabym to odruchowo, a przy rozbijaniu procesu na etapy pojawiały się trudności. Z czasem jednak doszłam do wprawy i dziś czuję się w tym znacznie pewniej – wiem, że potrafię przekazywać swoją wiedzę.
Dodatkowo prowadzę warsztaty w Kryspinowie, niedaleko Krakowa, we współpracy ze Stowarzyszeniem Kryspinów. Zaproponowano mi prowadzenie zajęć – właściwie nawet mnie do tego namówiono. Niedawno zakończyłyśmy tegoroczny cykl warsztatów wystawą krakowskiej koronki klockowej w Kryspinowie.
Dodam jeszcze, że po trzech latach nauki, w 2014 roku, złożyłam dokumenty do Stowarzyszenia Twórców Ludowych. Zostałam przyjęta i otrzymałam tytuł twórcy ludowego w dziedzinie koronki klockowej J
Małgosiu, koronka klockowa w Twoich rękach okazuje się nie tylko świadectwem tradycji, ale też żywą, rozwijającą się praktyką, która potrafi odnaleźć się we współczesności i przemówić do kolejnych pokoleń.
Dziękuję za rozmowę, za podzielenie się wiedzą i doświadczeniem oraz za pokazanie, że cierpliwość, precyzja i uważność wciąż mają ogromną wartość – i że przyszłość koronki wciąż się splata.
*
Wywiad zarejestrowany w grudniu 2025 r.
Autorka rozmowy: Joanna Zawierucha-Gomułka
Zdjęcia: Bartosz Cygan

Comments: no replies