Gliny nie da się zmusić do posłuszeństwa. Trzeba dać jej czas i pozwolić się jej zaskoczyć. Dorota Czekańska, z wykształcenia socjolożka, z zawodu ceramiczka i twórczyni krakowskiej pracowni Solo Kolektyw, zamiast badać relacje międzyludzkie, dziś obserwuje reakcje między szkliwami. Jej ceramika powstaje z uważności, ręcznej pracy i zgody na niepowtarzalność – z dala od logiki seryjności.

Wprowadzenie w świat artystki
Doroto, sięgnijmy do Twoich początków pracy z ceramiką. Jak opiszesz moment pierwszego kontaktu z gliną w pracowni u znajomych? Co sprawiło, że ta pomoc „na chwilę” zamieniła się w długą drogę zawodową?
Dorota Czekańska: Zakochałam się w glinie ☺ Choć ukończyłam studia w zupełnie innym kierunku – socjologię – od dziecka ciągnęło mnie do pracy manualnej. Mój wujek zajmował się tworzeniem srebrnej biżuterii i miał małą pracownię w kuchni. Z ogromnym zaciekawieniem obserwowałam jego pracę, a twórcze działania i rękodzieło zawsze były mi bardzo bliskie. Przez długi czas brakowało mi jednak odwagi i pewności siebie, by pójść na studia artystyczne i związać swoją przyszłość zawodową ze sztuką lub rękodziełem.
Do pracowni znajomych trafiłam trochę przypadkiem. To tam po raz pierwszy zetknęłam się z gliną i szkliwami. Zajmowaliśmy się głównie wykonywaniem aniołów – w dużych, niemal hurtowych ilościach. Była to praca bardzo powtarzalna i momentami nużąca, ale jednocześnie niezwykle ucząca. Właśnie wtedy zaczęła się moja fascynacja samą materią: lepieniem, szkliwieniem i pracą z gliną jako taką.
Po godzinach, w wolnych chwilach, zaczęłam samodzielnie eksperymentować – lepiłam drobne elementy biżuteryjne, obserwując, jak glina się zachowuje i jaki efekt końcowy można dzięki niej uzyskać. Po pewnym czasie poczułam, że chciałabym spróbować poprowadzić własną pracownię i uniezależnić się twórczo. Tak właśnie rozpoczęła się moja długotrwała droga zawodowa związana z ceramiką.

Otwarłaś własną pracownię już w 2007 roku. Jak z perspektywy czasu patrzysz na decyzję o pracy na własnych zasadach?
DCz: Bardzo się cieszę, że tak zdecydowałam – i myślę, że prędzej czy później i tak podjęłabym tę decyzję. Zdecydowanie lepiej odnajduję się w działaniu samodzielnym; praca w dużych strukturach nigdy nie była dla mnie naturalnym środowiskiem.
Pamiętam czas sprzed rozpoczęcia pracy w pracowni ceramicznej, kiedy szukałam swojego pierwszego sensownego zajęcia zawodowego. Był to trudny moment na rynku pracy – era słynnych „bezpłatnych staży”, które można było wpisać do CV. W Krakowie dopiero zaczynały pojawiać się pierwsze korporacje. Byłam na kilku rozmowach kwalifikacyjnych i za każdym razem starałam się przekonać rekruterów, że jestem dobrą kandydatką, choć w środku czułam, że tak naprawdę to siebie powinnam najpierw przekonać, że chcę tam pracować. A tego przekonania po prostu nie było.
Być może rekruterzy również to wyczuwali, bo ostatecznie nie dostałam żadnej pracy w korporacji. I bardzo dobrze – ta droga mnie ominęła. Dziś wiem, że decyzja o otwarciu własnej pracowni była dla mnie właściwa.
Socjologia to Twoje wykształcenie – w jaki sposób kształtuje Twoje spojrzenie na przedmioty tworzone ręką człowieka i na to, jak ludzie się z nimi wiążą?
DCze: Trudno mi jednoznacznie powiedzieć, czy socjologia jako kierunek studiów ma na to bardzo bezpośredni wpływ. Od zawsze fascynowały mnie jednak zagadnienia, które socjologowie mogliby badać: mechanizmy mód i trendów oraz to, dlaczego ludzie pragną posiadać określone, często markowe przedmioty.
Dziś, w czasach szybko zmieniających się trendów, nadprodukcji i przesytu rzeczami, przedmioty tworzone od podstaw przez jednego człowieka są – przynajmniej dla części odbiorców – szczególnie cenione. Niosą ze sobą historię, czas i uważność twórcy, a relacja z nimi bywa zupełnie inna niż z przedmiotami masowej produkcji.

Bardzo wyraźnie widzę to podczas targów. Oczywiście jest spore grono osób nastawionych sceptycznie – mówią, że takie rzeczy „nie będą im do niczego pasować”, że ceramikę trzeba mieć w komplecie, w zestawie, a nie jako pojedynczy obiekt. Są jednak także osoby, które podchodzą do tego zupełnie inaczej, znacznie bardziej emocjonalnie. Traktują ceramikę jak drobną pamiątkę, swoistą „biżuterię dla domu”. Miska czy patera nie musi do niczego pasować ani tworzyć kompletu – może być po prostu rzeczą, która zachwyciła w danym momencie. A jeśli można ją kupić bezpośrednio od osoby, która ją stworzyła, staje się to dla wielu osób dodatkową, bardzo istotną wartością.
Często słyszę podczas targów: „O! Jesteśmy w Krakowie, znaleźliśmy przedmiot zrobiony w Krakowie – kupmy sobie pamiątkę stąd”. I chodzi o pamiątkę, która nie ma napisu „Kraków”, smoka wawelskiego ani wizerunku Wawelu, ale jest zakorzeniona w tym miejscu w bardziej subtelny sposób.
Choć same studia nie miały nic wspólnego z ceramiką, w pewnym sensie przyczyniły się do tego, gdzie dziś jestem i kim jestem. Drogi życiowe układają się bowiem nie tylko jako konsekwencja naszych świadomych wyborów, lecz także dzięki splotowi przypadków. Dzięki studiom wyjechałam na półroczne stypendium do Barcelony. To tam, poprzez znajomych, poznałam chłopaka z Krakowa, dzięki któremu kilka lat później trafiłam do „anielskiej” pracowni ceramicznej. W samym Krakowie moglibyśmy się przecież minąć i nigdy nie poznać.
Podczas tego stypendium, na jednej z wycieczek – chyba do Tarragony – trafiłyśmy też do pracowni ceramicznej, w której sprzedawano biżuterię. Był to pierwszy raz, kiedy zobaczyłam biżuterię ceramiczną. Choć wtedy zupełnie nie przypuszczałam, że zwiążę swoje życie zawodowe z ceramiką, myślę, że właśnie wtedy jakieś małe nasionko padło na podatny grunt.

Proces twórczy i materia
Twoje prace powstają w całości ręcznie i często bez użycia form. Co daje Ci taki sposób pracy?
DCz: Kiedy decydowałam się na otwarcie własnej pracowni, bardzo zależało mi na tworzeniu rzeczy, które za każdym razem są choć trochę inne. Po doświadczeniu pracy bardzo seryjnej marzyłam o swobodzie. Zresztą lubię miękkie, organiczne kształty, więc był to dla mnie wybór zupełnie naturalny. Zdarza mi się korzystać z form, ale są to raczej takie kopytka, na których formuję i podsuszam talerze czy miski. Forma pozwala łatwiej zapanować nad gliną, jednak kształt wycięty „od ręki” sprawia, że każda rzecz jest inna, ma swój własny charakter i indywidualny rys. A to jest dla mnie bardzo ważne, to lubię.
A czy nie daje Ci to też poczucia wolności twórczej?
DCz: Oczywiście – ja także bardzo wyraźnie to odczuwam. Mam jednak świadomość, że wolność twórcza wiąże się z dobrym opanowaniem techniki pracy, szczególnie w przypadku toczenia na kole. Żeby naprawdę poczuć swobodę w pracy, trzeba wiedzieć, co się robi, i panować nad materią.
Podczas pandemii kupiłam koło garncarskie, chcąc w tym trudnym czasie zamknięcia i izolacji nauczyć się czegoś nowego i wyciągnąć z niego coś dobrego. Toczenie to umiejętność, w której opanowaniu niezbędna jest regularna praktyka, a tej – z różnych powodów – przez pewien czas mi brakowało. Teraz planuję ćwiczyć systematycznie, tak aby bez problemu móc wytoczyć na przykład sześć identycznych kubeczków czy filiżanek.

W Twojej twórczości wyraźnie obecny jest element nieprzewidywalności, szczególnie na etapie szkliwienia. Na Instagramie otwarcie mówisz o zaskoczeniu efektami końcowymi. Jaką rolę odgrywa on w Twoim procesie twórczym i na ile pozwalasz mu współtworzyć finalną formę?
DCz: Lubię przypadek, nie ukrywam. Oczywiście staram się panować nad tym, co robię, ale szczególnie w przypadku biżuterii mogę pozwolić sobie na dużo więcej swobody podczas mieszania szkliw. Nawet jeśli reagują one w nieprzewidywalny sposób – pojawiają się bąbelki czy inne „skazy” – w biżuterii często okazują się zaletą i sprawiają, że obiekt staje się ciekawszy.
Czasami mieszam szkliwa albo nakładam je obok siebie, nie wiedząc dokładnie, jak zareagują i co się między nimi wydarzy. Staram się zapisywać te zestawienia w notesie – choć nie zawsze mi się to udaje – bo efekty bywają naprawdę fantastyczne. Dzięki takim doświadczeniom można później coś odtworzyć i już nieprzypadkowo dojść do konkretnego efektu.
Twoje prace balansują między minimalizmem a eksplozją koloru i organicznych form. Od czego zależy, w którą stronę idziesz przy danym obiekcie?
DCz: W dużej mierze zależy to od mojego aktualnego stanu – fizycznego i mentalnego. Po bardzo intensywnych okresach pracy, na przykład przygotowaniach do targów i samych targach, z jednej strony bardzo chcę wrócić do pracowni, a z drugiej jestem na tyle zmęczona, że pierwsze dni są raczej powolnym „wchodzeniem” w rytm pracy.
W takich momentach częściej sięgam po rozwiązania prostsze i bardziej schematyczne – po formy, które znam i mam już oswojone. Dopiero kiedy znowu „wkręcę się” w pracę, pojawia się większa swoboda: przestrzeń na eksperymenty, poszukiwanie nowych pomysłów i przetwarzanie wcześniejszych realizacji. To proces, który naturalnie ewoluuje i z czasem otwiera się na nowe kierunki.

Na zmęczeniu nic nie wychodzi?
DCz: Na zmęczeniu niewiele wychodzi – to prawda. Z jednej strony jest to zmęczenie konkretną formą pracy, bo sama praca w pracowni bywa dla mnie odpoczynkiem i antidotum na zmęczenie psychiczne. Z drugiej jednak strony potrzebny jest pewien oddech i luz, żeby móc pracować z radością i żeby efekt był naprawdę ciekawy.
Myślę też, że pracuję falami, jeśli chodzi o tematy. Kiedy zaczynam eksplorować nową mieszankę szkliwną albo bardziej „krajobrazowe”, malarskie przestrzenie, mam potrzebę drążenia jednego wątku – dokładania koloru, sprawdzania kolejnych wariantów, szukania w obrębie jednego tematu.
Zdarza się więc, że przez jakiś czas pracuję głównie w jednym kolorze albo stylu, a potem naturalnie pojawia się potrzeba zmiany i sięgam po coś zupełnie innego.

Między rzemiosłem a sztuką
Jak definiujesz granicę między przedmiotem użytkowym a obiektem artystycznym w swojej ceramice? Czy masz potrzebę wchodzenia w obszary mniej rzemieślnicze, bardziej otwarte na eksperyment i formę? Myślisz też o pracy nad większymi obiektami?
DCz: Chciałabym – i jednocześnie trochę się boję. Mam w sobie jeszcze brak odwagi i pewności, żeby mówić o swoich pracach wprost jako o dziełach artystycznych.
Myślę jednak, że to kierunek, w którym chciałabym się otwierać. W planach na przyszłość – obok dalszego ćwiczenia toczenia na kole – jest właśnie większa swoboda i więcej eksperymentów, próba uwolnienia się od myślenia, że przedmiot musi mieć konkretną funkcję. Nie zawsze musi to być talerz, miska czy wazon – czasem może po prostu być obiektem.
Bardzo fascynują mnie duże formy: mozaiki, murale, prace o dużej skali. Na ten moment to raczej marzenie – nie ta pracownia, nie ten piec – ale jednocześnie widzę, jak wiele wciąż można odkryć w mniejszych formach, choćby w biżuterii, gdzie nadal jest ogromne pole do poszukiwań.

Jak reagujesz na niedoskonałości — czy są czymś, co akceptujesz, czy raczej czymś, z czym negocjujesz?
DCz: Często bywa tak, że coś wydaje mi się „nie wyszło”, a dla kogoś z zewnątrz wygląda fantastycznie. Jeśli jednak jestem naprawdę niezadowolona, wypalam obiekt jeszcze raz – nakładam inne szkliwa i pozwalam przypadkowi działać, tak by drugi wypał wprowadził nowe życie w pracę.
Są też niedoskonałości, którym pozwalam po prostu istnieć, zwłaszcza podczas pracy na kole. Jeden mały gest może zupełnie zmienić formę, czasem deformując ją w ciekawy sposób. Takie formy zostawiam lub rozwijam dalej, podkreślając je szkliwieniem. To są niedoskonałości, które ostatecznie stają się zaletą – coś, co teoretycznie „nie wyszło”, w rzeczywistości potrafi wyglądać intrygująco i ciekawie.
Jakie znaczenie ma dla Ciebie tempo pracy w świecie masowej produkcji, gdzie wszystko musi powstawać szybko, masowo i w dużej ilości?
DCz: To nie mój świat. W ceramice nie da się naprawdę szybko pracować – oczywiście można produkować masowo, ale w małych rzemieślniczych pracowniach to nie ma sensu.
Nie chodzi mi o to, żeby robić jak najwięcej rzeczy. Materiał, z którym pracuję, po wypaleniu zostaje na dziesiątki, jeśli nie setki lat, więc wolę poświęcić czas i dopracować pojedynczy przedmiot. Chcę, żeby był solidny, dobrze wykonany, przyjemny w użyciu lub w odbiorze, i żeby nie wylądował szybko na śmietniku. Lepiej zrobić mniej, ale dobrze, niż wiele na szybko.

Solo Kolektyw – model pracy
Powiedziałaś kiedyś, że nazwa Solo Kolektyw jest grą słów i żartem. Dla mnie brzmi jak manifest. Co dziś dla Ciebie oznacza?
DCz: Okazało się, że nazwa świetnie podsumowuje jednoosobową działalność – nie tylko moją, ale każdej osoby, która sama prowadzi swoją pracę od początku do końca. Jesteś solo, ale działasz za cały kolektyw;) W pojedynkę trzeba pełnić rolę szefowej, sprzątaczki, projektantki, zaopatrzeniowca…
To dla mnie również bardzo świadomy wybór. Oczywiście mogłabym zlecać część zadań – na przykład związanych z prowadzeniem strony internetowej, takich jak przygotowywanie zdjęć, pisanie opisów czy pakowanie zamówień – ale nie o to mi chodzi. Chcę mieć wszystko pod kontrolą i osobiście dopilnować każdego szczegółu. Być może czasem robię to niepotrzebnie, bo pewne rzeczy można by komuś przekazać, jednak dzięki temu mam pewność, że wszystko wygląda i działa dokładnie tak, jak chcę. Wolę zrobić mniej, ale zrobić to samodzielnie.
Prowadzisz pracownię jednoosobowo – lepienie, szkliwienie, pakowanie, sprzedaż. Co jest w tym najtrudniejsze?
DCz: Myślę, że największym wyzwaniem jest czas, zwłaszcza w okresach intensywnych przygotowań do dużych targów. Łatwo wtedy „przepaść” w pracy i stracić oddech. Zresztą czasu brakuje chyba zawsze, nie tylko przed targami. Pomysłów, planów i zamierzeń mam wiele, ale dobre rozplanowanie działań i znalezienie przestrzeni na realizację wszystkiego bywa trudne.
Jeśli chodzi o zadania, które sprawiają mi największą trudność, to z pewnością prowadzenie mediów społecznościowych. Słuchając porad o tym, jak regularnie publikować posty czy rolki, często dochodzę do wniosku, że taki model po prostu u mnie nie zadziała – na pewno nie codziennie. Inspiracją jest dla mnie moja znajoma rysowniczka, Renia Loj (@lookarnaillustrations), która publikuje rzadko, ale każdej ilustracji towarzyszy piękna, przemyślana historia. Te wyczekiwane treści mają dużą wartość – są szczere i autentyczne – a to wydaje mi się ważniejsze niż „karmienie algorytmów”.
Dla mnie zasada jest podobna jak w ceramice: nie tworzę przedmiotów masowo, więc nie produkuję też masowo postów. Lepiej mniej, ale wartościowo.

A co daje Ci największe poczucie sensu w takiej formule pracy?
DCz: Do niedawna powiedziałabym, że to przede wszystkim całkowita niezależność i wolność pracy. Kiedy pracownię miałam w piwnicy i nikt tam nie zaglądał, mogłam pracować o dowolnej porze.
Teraz, gdy mam lokal z małym sklepikiem, sytuacja wygląda nieco inaczej. Pojawiły się godziny otwarcia, trzeba być na miejscu, więc nie mogę już – jak wcześniej – w ciągu dnia wyskoczyć na rower i wrócić do pracy nocą. To zwyczajne, „rynkowe” ograniczenia, które muszę oswoić i dopasować do siebie.
Mimo wszystko niezależność pozostaje dla mnie najważniejsza.
Jak radzisz sobie z presją oczekiwań – własnych i tych ze strony odbiorców?
DCz: Myślę, że tak naprawdę nie czuję dużej presji. Oczywiście życie stawia swoje oczekiwania – comiesięczne rachunki i różne codzienne sprawy trzeba ogarniać, ale to jest udziałem każdego z nas.
Nie narzucam sobie dodatkowej presji i raczej nie odczuwam jej także ze strony innych. Zdarza się, że ktoś na targach mówi mi na przykład, że „powinnam” zacząć prowadzić warsztaty, ale nie mam poczucia, że muszę. To jest jedna z możliwości, nie wymóg. Mam świadomość, że w Krakowie istnieje wiele różnych dróg i opcji – i po prostu wybieram te, które są dla mnie zgodne i które naprawdę chcę realizować.

Relacja z odbiorcami i kontekst miejsca
Jak ważny jest dla Ciebie kontakt z odbiorcami – zwłaszcza podczas targów i spotkań na żywo?
DCz: Kontakt z odbiorcami jest dla mnie bardzo ważny. Choć lubię pracować sama w pracowni, równie mocno cenię sobie wyjazdy na targi i intensywną interakcję z ludźmi. To właśnie tam mam najlepszy wgląd w to, jak odbierana jest moja praca.
Czasem wydaje mi się, że jakiś obiekt będzie „hitem”, a okazuje się, że mija tydzień i nikt nie zwraca na niego uwagi. Innym razem pojawia się jedna osoba, która reaguje entuzjastycznie – dokładnie tak, jak sobie to wyobrażałam. Dla dużej firmy byłoby to zapewne jasne badanie rynku i sygnał, by wycofać dany produkt z oferty. Ja natomiast mogę pozwolić sobie na to, by wrócić do tego projektu po jakimś czasie – dla własnej radości i dla tej kolejnej osoby, która się nim zachwyci.
Wiele osób interesuje się także samym procesem powstawania prac – pytają, jak one powstają i skąd biorą się pomysły. Ceramika jest dziś dość popularna i modna, ale dla wielu osób to wciąż nowy obszar, dlatego z ciekawością oglądają na przykład zdjęcia prac już poszkliwionych, ale jeszcze niewypalonych. Teraz, gdy pracownię mam połączoną ze sklepikiem, ten kontakt jest częstszy – i mogę pokazywać proces powstawania obiektów nie tylko na zdjęciach, lecz także na żywo.
Jak Kraków jako miejsce życia i pracy rezonuje w Twojej twórczości?
DCz: Lubię Kraków, dobrze mi się tu mieszka i pracuje; na pewno jest dla mnie inspirujący. To piękne, pełne życia miasto, a dodatkowo uwielbiam je eksplorować na rowerze – zarówno w codziennym przemieszczaniu się, jak i podczas wycieczek nad Wisłą. Mam w głowie pomysł na ceramiczne „widokówki” z Krakowa – nieoczywiste fragmenty miasta, widziane z bulwarów czy wałów, bardziej z oddali niż typowe panoramy. Może uda mi się go zrealizować w tym roku, ale na razie idea dojrzewa.
Takim bardzo przyziemnym, merkantylnym aspektem jest fakt, że bardzo dużą część moich klientów stanowią turyści, którzy to często nie mają możliwości przewiezienia dużych mis czy talerzy. Robię więc sporo drobnych przedmiotów, które łatwo zmieszczą się w mikrobagażach.

Inspiracje i rozwój
Czy są artyści, rzemieślnicy lub estetyki, które w sposób szczególny wpłynęły na Twoje myślenie o ceramice?
DCz: Jest wiele osób, które śledzę i które mnie inspirują, choć ich estetyki często różnią się od mojej.
Bardzo lubię Brytyjczyka Craiga Underhilla. Robi eksperymentalne wazony – ostatnio uformowane obiekty wrzucał do morza, pozwalając falom i piaskowi działać na nie w sposób częściowo nieprzewidywalny, a potem je wypalał i szkliwił. Podoba mi się u niego ten element przypadku, połączony z wstępnym planem. To pokazuje radość z tworzenia i zabawy materiałem, co jest dla mnie inspirujące.
Z polskiego podwórka cenię pracę Basi Trzybulskiej z Rybnej Galerii. Tworzy charakterystyczne wazony i rzeźby, często w stonowanej kolorystyce, pełne konsekwentnego, rozpoznawalnego stylu. To dla mnie przykład wypracowania własnej estetyki i pracy nad nią przez lata.
Florian Getsby to ceramik, który łączy perfekcję rzemieślniczą z aktywnym prowadzeniem mediów społecznościowych. Toczy całe serie minimalistycznych naczyń, szkliwi je w kilku odcieniach szarości, a następnie dzieli się swoim warsztatem, regularnie publikując filmy z pracowni. Swoje prace sprzedaje online, a partie rozchodzą się w ciągu kilku minut. Podziwiam jego pracowitość i umiejętność tak doskonałej organizacji całego procesu twórczego.
Poza ceramiką bardzo lubię też projektantkę biżuterii Annę Orską. Jej kolekcje są różnorodne, inspirowane różnymi kulturami, naturą i materiałami, co pokazuje, jak szeroko można czerpać inspiracje i łączyć je w spójną estetykę.
Jak zmieniła się Twoja praktyka od momentu założenia pracowni?
DCz: Nie wiem, czy sama praktyka bardzo się zmieniła, ale zdecydowanie pracuję teraz więcej. Mam mały piec, który wymusza regularną pracę – nie da się nagle wypalić dużych partii, więc piec chodzi prawie codziennie, a ja muszę planować procesy wokół niego.
Staram się również, aby wszystko było jak najbardziej ekonomiczne. Dużo pomaga mi w tym fakt, że znaczną część moich prac stanowi biżuteria – w jednym wypale mogę zmieścić wiele drobnych elementów, maksymalnie wykorzystując przestrzeń pieca.
Nawet jeśli nie mam weny lub jestem zmęczona, i tak pracuję – robię wtedy proste rzeczy, które nie wymagają dużego wysiłku twórczego, ale pozwalają utrzymać rytm pracy i regularność.

Czy masz swoje charakterystyczne szkliwa lub zestawienia, do których regularnie wracasz?
DCz: Tak, mam kilka ulubionych zestawień, choć nie trzymam się ich sztywno. Czasem króluje jedno szkliwo, potem pojawia się nowe – korzystam głównie ze szkliw gotowych, bo przygoda z własnymi szkliwami jeszcze przede mną.
Bardzo lubię eksperymentować z różnymi połączeniami – nadmorskie krajobrazy, kosmiczne mieszanki przypominające mgławice, stare złoto. Często inspiruję się kolorami kamieni i zestawiam je z ceramiką, żeby odkryć ciekawe odcienie. To ciągłe poszukiwanie i zabawa z zestawieniami sprawia mi największą frajdę.
Czy zdarza Ci się tworzyć prace, które nigdy nie trafią do sprzedaży?
DCz: Tak, zdarza się, choć dość rzadko. Czasem powstają prace o charakterze pamiątkowym. Na przykład w mojej pierwszej pracowni zrobiłam taki obrazek inspirowany rysunkiem mojej córki, która wtedy chodziła do przedszkola. Narysowała fabryczkę na Żółkiewskiego, w której mieściła się pierwsza pracownia, a ja przekształciłam ten rysunek w ceramiczny obrazek, który na pewno nie będzie sprzedany.
Czasami też zdarza się, że coś wychodzi wyjątkowo pięknie i postanawiam to zatrzymać dla siebie albo komuś podarować, zamiast wprowadzać do sprzedaży.
Masz jakieś archiwum swoich prac? Jak kolekcjonujesz te rzeczy, które są dla Ciebie wyjątkowe i chcesz je zatrzymać?
DCz: Nie bardzo mam na to przestrzeń – pracownia i mieszkanie są małe, więc zatrzymuję tylko kilka drobiazgów, które są dla mnie szczególnie ważne.

Końcowa refleksja i przyszłość
Co chciałabyś, żeby odbiorcy poczuli, biorąc do rąk przedmiot z pracowni Solo Kolektyw?
DCz: Chciałabym, żeby poczuli przyjemność z obcowania z czymś ładnym, pięknym i dobrze zrobionym. To mnie cieszy najbardziej podczas bezpośredniej sprzedaży – w sprzedaży online często brakuje bezpośredniego kontaktu z odbiorcą i nie wiem, jak reaguje na przedmiot. Natomiast na żywo mogę zobaczyć te szczere momenty: ktoś bierze przedmiot do ręki, sprawdza, jak wygodnie się z niego korzysta, udaje, że pije z kubka, żeby sprawdzić komfort. To są naprawdę fajne, autentyczne doświadczenia.
Jakie są Twoje plany lub marzenia związane z dalszym rozwojem pracowni?
DCz: Na razie chcę rozkręcić to miejsce – jestem tu dopiero od września. Chciałabym, żeby pracownia stała się bardziej rozpoznawalna w Krakowie i żeby dobrze się tutaj zadomowić. Oczywiście marzy mi się większa przestrzeń, ale na razie skupiam się na tym, co mam.
Jeśli chodzi o samą pracę, przede wszystkim chcę utrzymać regularność w toczeniu, nabrać wprawy i odwagi, żeby pozwolić sobie na bardziej twórcze eksperymenty – nawet na rzeczy, które nie trafią do sprzedaży.
Poza ceramiką chodzi za mną też pomysł, żeby spróbować malować i rysować nie szkliwami, lecz kredkami czy farbkami – takie techniki dają efekt od razu i mogą inspirować później pracę ceramiczną. Na razie kupiłam szkicownik, zobaczymy, co z tego wyjdzie.

A prowadzisz takie notatniki projektowe?
DCz: Tak, prowadzę je, choć nie zawsze. W niektórych projektach zależy mi na kolejności kolorów – a że szkliwa przed wypałem wyglądają zupełnie inaczej niż po nim, szkice wstępne są bardzo przydatne, żeby nie pogubić się podczas szkliwienia i wiedzieć, gdzie co położyć. Zdarza się jednak, że planuję coś na papierze, a w trakcie pracy koncepcja się zmienia i powstaje coś zupełnie innego. Lubię też tę żywiołowość w działaniu.
Gdybyś miała opisać Solo Kolektyw jednym zdaniem, którego jeszcze nie użyłyśmy w wywiadzie, jak by ono brzmiało?
DCz: Nie zastanawiałam się nad tym wcześniej, ale myślę, że najważniejsze w Solo Kolektywie jest to, że daje radość tworzenia i pozwala robić rzeczy piękne ☺

Doroto, dziękuję Ci za poświęcony czas i szczere podzielenie się swoim doświadczeniem oraz refleksjami na temat pracy w ceramice i prowadzenia pracowni Solo Kolektyw. Dziękuję za inspirujące opowieści, wgląd w Twój twórczy proces i możliwość odkrycia, jak powstają Twoje wyjątkowe, ręcznie wykonane przedmioty.
Wywiad powstał w styczniu 2026 r.
Autorka wywiadu: Joanna Zawierucha-Gomułka / Rzeczy Piękne
Fotografie: Bartosz Cygan / Rzeczy Piękne
Wywiad zrealizowany na zlecenie krakowskiej Fundacji Burza Mózgów.


Comments: no replies