en
site logo
  • O PROJEKCIE
  • TWÓRCY I ICH PASJE
  • FOTOREPORTAŻE
  • PODCASTY
  • INSPIRACJE
  • KONTAKT
Homepage > Twórcy i ich pasje > Modlitwy ukryte w drewnie
23 lutego 2026

Modlitwy ukryte w drewnie

_MG_5156

W świecie, w którym tempo życia nieustannie przyspiesza, Tadeusz Kacalak tworzy rzeźby, które zatrzymują czas. Jego dłuto nie tylko kształtuje drewno, ale także opowiada historie wsi, sakralnych tradycji i codziennego życia. Każda rzeźba jest dla niego modlitwą, hołdem dla przeszłości i mostem między pokoleniami. W rozmowie z nami artysta opowiada o swoich inspiracjach, pracy twórczej oraz o tym, jak pielęgnować dziedzictwo sztuki ludowej, nie tracąc przy tym własnej wizji i wrażliwości.

Fragment rzeźby „Arka Noego” dłuta Tadeusza Kacalaka.

 

POCZĄTKI 

Panie Tadeuszu, może się Pan poszczycić imponującym dorobkiem w dziedzinie rzeźby ludowej. Każda z Pana prac opowiada własną historię. Proszę wrócić pamięcią do samego początku – do momentu, w którym pojawiło się przeczucie, że w drewnie kryje się coś więcej. Kiedy powstała Pana pierwsza rzeźba?

Tadeusz Kacalak: To przyszło bardzo naturalnie. Zanim na dobre zacząłem rzeźbić, pracowałem jako fryzjer. Pamiętam pewien moment: wyszedłem przed zakład, a sąsiad akurat przycinał drzewa. Spadały gałęzie i jedna z nich szczególnie przykuła moją uwagę – zobaczyłem w niej twarz Chrystusa. Zabrałem ją ze sobą i zacząłem się zastanawiać, jak wydobyć z drewna to, co już w nim było.

Później, między innymi dzięki mojej żonie – która pochodzi z okolic Brzezin, a wychowała się niedaleko Kutna, w pobliżu lasu – zacząłem częściej obcować z drewnem. W gazecie natknąłem się na zdjęcie rzeźby przedstawiającej kobiecą postać. Nie była ona dokładnie taka jak ta, którą później wyrzeźbiłem, ale wystarczyła, by obudzić we mnie potrzebę stworzenia własnej formy. Zacząłem szukać odpowiedniego materiału i dowiedziałem się, że najlepsza do rzeźby będzie lipa. Uciąłem więc kawałek lipowego drewna – i tak powstała moja pierwsza rzeźba: kobieca postać, którą mam do dziś.

Pierwsze rzeźby pana Tadeusza: „Dobry pasterz” i „Święta Barbara – patronka górników”.

Co najbardziej urzeka Pana w tej formie sztuki?

TK: Najbardziej fascynuje mnie sama bryła. To ona stanowi wyzwanie – możliwość uchwycenia całej sceny w ograniczonej formie. W przeciwieństwie do obrazu, który można dowolnie rozbudowywać, rzeźba wymaga skrótu i dyscypliny. Trzeba zawrzeć historię w jednym kawałku drewna. Właśnie to ograniczenie mnie pociąga i sprawia, że praca nad rzeźbą jest jednocześnie trudna i niezwykle satysfakcjonująca.

Ile miał Pan lat, gdy powstała pierwsza rzeźba?

TK:  Miałem wtedy dwadzieścia jeden lat. Kiedy zobaczyłem w kawałku drewna twarz Chrystusa, od razu pomyślałem: „muszę to wydobyć”. Nie wiedziałem jeszcze, czym rzeźbić – sięgnąłem po brzytwę. Wyrzeźbiłem samą głowę i ku mojemu zaskoczeniu praca bardzo spodobała się innym: kolegom fryzjerom i znajomym. To właśnie wtedy zacząłem rzeźbić na dobre.

A który to był rok, kiedy wszystko się zaczęło?

TK: To był 1973 rok. Przez cały czas pracowałem w zakładzie fryzjerskim, a jednocześnie rzeźbiłem. Z czasem urządziłem w nim małą galerię swoich prac. Pamiętam, że pewnego dnia przyszła pani redaktorka z dzieckiem i powiedziała: „Panie, pan się marnuje. Niech pan jedzie z tym do Muzeum w Łęczycy”. Posłuchałem tej rady i pojechałem.

Jak długo łączył Pan pracę fryzjera z rzeźbieniem?

TK: Przez około pięć, może sześć lat. Z czasem miałem już tyle zamówień, że zdecydowałem się odejść z zakładu i całkowicie poświęcić rzeźbie.

Jak opisałby Pan styl rzeźby z Kutna i jak rozwijał się on wspólnie z innymi artystami od lat siedemdziesiątych?

TK: Tradycje rzeźbiarskie ośrodka w Kutnie decyzją Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, w 2023 roku wpisane zostały na listę Krajową Niematerialnego Dziedzictwa Kulturowego (na wniosek instytucji Muzeum Pałac Saski w Kutnie). Rzeźba kutnowska ma swój rozpoznawalny i wyjątkowy charakter.

Każdy z nas tworzył na swój sposób. W gruncie rzeczy byliśmy niewielką grupą trzech osób: ja, pan Antoni Kamiński i pan Andrzej Wojtczak. Funkcjonowaliśmy trochę jak inne środowiska artystyczne – choćby Grupa Janowska na Śląsku. Spotykaliśmy się, odwiedzaliśmy nawzajem i wzajemnie inspirowaliśmy swoją twórczością. Można powiedzieć, że to właśnie w ten sposób, wspólnie, wypracowywaliśmy charakterystyczny styl rzeźby z Kutna.

Co najbardziej wyróżnia rzeźbę kutnowską?

TK: Przede wszystkim tzw. piętrowanie, czyli nakładanie kolejnych postaci jedna na drugą. To charakterystyczny układ, który nadaje rzeźbom narracyjność i dynamikę.

Pan Tadeusz prezentuje katalog „Pół wieku tradycji. Ośrodek rzeźbiarski w Kutnie”, wydany przez Muzeum Pałac Saski w Kutnie.

 

W Pana twórczości bardzo często pojawiają się motywy sakralne. Jak wykorzystuje Pan własną wyobraźnię, aby kultywować tę tradycję w rzeźbie ludowej?

TK: To przychodzi samo, w trakcie pracy. Nawet gdy mam już kawałek drewna, nie wiem do końca, co z niego powstanie – wszystko dzieje się w procesie twórczym. Pamiętam taką sytuację z kiermaszu na krakowskim rynku: rzeźbiłem starszą kobietę w chustce, gdy ktoś podszedł i zapytał: „A co to będzie?”. Odpowiedziałem: „Co się uda – albo osiołek, albo dzika kaczuszka”. A pani na to: „Jak to, przecież pan rzeźbi kobietę!”. No właśnie – po co pytać, skoro wszystko jeszcze może się zmienić?

W trakcie pracy dodaję lub odejmuję elementy. Czasem planuję anioła, ale później kompozycja mi nie odpowiada – wtedy go usuwam, a w jego miejsce pojawia się drzewo, ptak albo inna postać. Rzeźba żyje i zmienia się razem z moją wyobraźnią.

 

PROCES TWÓRCZY

Panie Tadeuszu, kiedy zaczyna Pan pracę i ma przed sobą kawałek drewna – czy od razu wie Pan, co z niego powstanie?

TK: Wiem, co chcę rzeźbić, ale nie znam jeszcze kompozycji. Jeśli ma to być na przykład Adam i Ewa, znam temat, ale nie wiem, jak postacie będą ułożone ani jak całość ostatecznie będzie wyglądała. Muszę się w tę bryłę „wmodlić”, żeby wydobyć z niej to, co chcę.

I to jest właśnie największa tajemnica twórczości…

TK: Tego nikt nie jest w stanie wytłumaczyć. To instynkt. Dar z góry!

A jak wygląda ten pierwszy ruch ręką?

TK: To przychodzi samo. Człowiek zaczyna pracować i w trakcie wszystko się układa. Nie ma gotowego planu od początku do końca – to proces.

Pan Tadeusz podczas pracy twórczej.

 

Czy dobrze rozumiem, że najpierw tworzy Pan ogólną formę, a dopiero później przechodzi do szczegółów?

TK: Tak. Najpierw modeluję ogólną formę, a dopiero potem zajmuję się detalami.

Jakiego drewna Pan używa?

TK: Tylko lipy. Wyłącznie drewna lipowego.

Dlaczego właśnie lipa?

TK: Bo jest najbardziej plastyczna. Nie chodzi tylko o to, czy drewno jest miękkie czy twarde – to zależy od miejsca, w którym rosło. Lipa rosnąca na otwartym terenie, narażona na wiatr i deszcz, potrafi być bardzo twarda. Ta z ogrodów czy lasów bywa miększa. Ale i tak pozostaje najlepszym drewnem do rzeźby.

Aktualnie mam drewna na czterdzieści, a może nawet pięćdziesiąt lat pracy – naprawdę! ☺ Ogromne ilości. Kupujemy je bezpośrednio w lasach, tam, gdzie drewno jest wycinane i sprzedawane.

Kiedy przychodzi moment decyzji, że rzeźba jest gotowa do malowania?

TK: U mnie musi być perfekcja. Rzeźba musi być całkowicie skończona, dopracowana, „wylizana”. Najważniejszy jest dla mnie wyraz twarzy, a szczególnie usta. Rzeźbiarze często nie zdają sobie z tego sprawy, ale to właśnie usta mówią wszystko.

Fragment rzeźby Chrystusa Zmartwychwstałego autorstwa Tadeusza Kacalaka.

 

A nie oczy?

TK: Wielu mówi, że oczy – to kwestia stylu. U mnie oczy są właściwie zawsze podobne. Natomiast usta nigdy nie są takie same. Mogą one być smutne albo wesołe, natomiast u mnie, nawet jeśli nie są wesołe, pozostają pogodne.

Ameryka lubi rzeźby radosne, uśmiechnięte. Nie chcą smutnych, pasyjnych tematów. A ja co prawda rzeźbię sceny pasyjne, ale one nie są tragiczne ani dramatyczne w wyrazie.

Wielu odbiorców dostrzega w Pana rzeźbach Pana samego – na przykład w twarzy Adama czy w postaciach z Arki Noego. Czy to zabieg świadomy?

TK: Nie. Nigdy tego nie zamierzam. Nie patrzę na zdjęcia, nie staram się nikogo odwzorować – a już na pewno nie siebie. A jednak ludzie mówią: „To jest Kacalak”. Widzą mnie w tych twarzach. To nie jest coś, czym ja kieruję. To naprawdę jest dar. Mówię to całkiem poważnie – nigdy nie robię tego świadomie.

Są jednak artyści, którzy zostawiają w swojej twórczości bardzo osobisty ślad…

TK: Pozwoli Pani, że opowiem coś bardzo ważnego. Kiedy we trójkę – ja, Antoni Kamiński i Andrzej Wojtczak – staraliśmy się o przyjęcie do Stowarzyszenia Twórców Ludowych, nie było to takie proste jak dziś. Przez pięć lat pokazywaliśmy swoje prace. Oceniali je profesorowie, między innymi Aleksander Jackowski, Aleksander Błachowski i inni.

Rozłożyli nasze rzeźby i po naradzie padła decyzja: Kamiński – przyjęty, Wojtczak – przyjęty. A mnie powiedziano: „Pan też będzie przyjęty, ale musi pan jeszcze popracować, bo w tych rzeźbach czegoś brakuje”.

Powiedziano Panu, czego dokładnie brakuje?

TK:  Zapytałem o to trzy razy: „Panie profesorze, czego brakuje? Przecież te rzeźby są w muzeach”. A on odpowiedział tylko: Tego „czegoś”. Długo nie mogłem spać. Można się z tym zgadzać albo nie, ale w moim przypadku to była prawda.

Pomyślałem wtedy, że muszę ich zaskoczyć.

„Boże Narodzenie” – rzeźba autorstwa dłuta Tadeusza Kacalaka.

 

To było na początku drogi twórczej, czy już po latach pracy?

TK:  Już wtedy byłem nagradzany – zresztą ten sam profesor przyznał mi później kilka pierwszych nagród.

Po jakimś czasie ogłoszono kolejny konkurs. Przez pół roku nie spałem spokojnie i zrobiłem rzeźbę zatytułowaną „To było w maju”.

Co przedstawiała ta praca?

TK:  Żołnierzy, po bokach dziewczyny w strojach ludowych, nad nimi napis „To było w maju”, drzewo i dużo ptaków. Ta rzeźba znajduje się dziś w Muzeum Wojskowym w Bydgoszczy. Dostałem za nią pierwszą nagrodę. Wtedy zrozumiałem, czym jest to „coś”.

Chodzi o to, że jeśli zobaczy się sto rzeźb, to jedna z nich się wyróżnia. Może nie jest „najlepsza” technicznie, ale krzyczy: „Zatrzymaj się przy mnie, popatrz”. I to jest najważniejsze.

Czy później kontynuował Pan tematy rodzajowe?

TK:  Później przestałem robić rzeźby konkursowe. W Stanach Zjednoczonych miałem co roku wystawy i pracowałem głównie pod zamówienia. Nigdy jednak nie pozwalałem, żeby klient dyktował mi formę. Mógł wybrać temat – Adam i Ewa, Arka Noego – ale kompozycja zawsze należała do mnie.

 

A co się stało z pozostałymi twórcami? Odeszli od rzeźby?

TK: Każdy poszedł własną drogą i dziś osiąga wysoki poziom w swojej twórczości.

Ja natomiast w Stanach Zjednoczonych miałem wystawy głównie w galeriach w Santa Fe w Nowym Meksyku. Gdyby pojechała tam Pani dziś i porozmawiała z moim galerzystą – starszym już panem, trochę zapominalskim, ale otoczonym bardzo mądrym zespołem – usłyszałaby, jak to wszystko wyglądało „od kuchni”. Przez lata miałem tam tak wiele zamówień, że dziś jest ich mniej, bo zwyczajnie nie nadążam z realizacją. Dlatego nie przyjmuję kolejnych.

 

PODRÓŻE ZAGRANICZNE

Czyli regularnie jeździł Pan do USA?

TK: Przez 24 lata, co roku. Wszystko zaczęło się w 1997 roku. To były najlepsze czasy dla Stanów Zjednoczonych – jeszcze wtedy. Proszę sobie wyobrazić: 100 dolarów miało realną wartość. Dziś? Dziś za 100 dolarów nie zje się nawet porządnego śniadania.

 

Czy widzi Pan różnicę w odbiorze sztuki ludowej w Polsce i za granicą? Jak reagują zagraniczni odbiorcy na Pana prace?

TK: Widzę to zarówno tu, jak i za granicą. Musiałbym podać konkretne nazwiska kolekcjonerów. Mogłaby pani pojechać choćby do Leśniczówki pod Wrocławiem – tam jest piękne muzeum sztuki ludowej. Warto je zobaczyć. A jednocześnie usłyszałaby pani, że w tej kolekcji nie ma mojej rzeźby, choć były próby jej pozyskania. Ubolewam nad tym, ale być może kiedyś się to zmieni.

Posiadam również dokumenty i teksty pisane przez kolekcjonerów – na przykład przez doktora z Lublina – które pokazują, jak intensywnie ludzie poszukują moich prac. Nie są one łatwo dostępne. Nie tworzę masowo: pracuję powoli, a do tego przez niemal 24 lata byłem obecny w Stanach Zjednoczonych. Wystawiałem swoje rzeźby w galerii w Portland, a moja twórczość była także promowana w magazynie ukazującym się we wszystkich stanach Ameryki. To miało oczywiście ogromne znaczenie. Dzięki temu mam dziś kolekcjonerów, którzy posiadają po kilkadziesiąt moich prac…

A ci odbiorcy to są Polacy, czy Amerykanie?

TK: Polacy… nie kupują.

No właśnie, dlaczego?

TK: Już odpowiadam. Dobrze znam ten rynek. Polacy nie kupują, bo przychodzą do galerii i myślą, że mogą kupić moje prace taniej w Polsce. Jeżdżą po kraju, a mimo to rzeźb nie nabywają, bo mnie tu nie ma. W efekcie wracają do Stanów i dzwonią do galerii, zamawiając moją rzeźbę stamtąd. Takie przypadki się zdarzają.

Rzeźba Tadeusza Kacalaka pt. „Sianokosy” z 2017 roku, znajdująca się w zbiorach etnograficznych Muzeum Pałacu Saskiego w Kutnie. Zdjęcie udostępnione dzięki uprzejmości pani Sylwii Kacalak.

 

TWÓRCZA SPUŚCIZNA

Panie Tadeuszu, jakie wartości chciałby Pan przekazać poprzez swoje prace przyszłym pokoleniom, zwłaszcza młodym odbiorcom? Czy zdarza się, że młodzi ludzie reagują na Pana twórczość?

TK: Oczywiście, że reagują. Chciałbym wspomnieć tu o tekście „Latarnia. Rzecz o kolekcji Tadeusza Kacalaka”, napisanym przez moją synową w katalogu wystawy „Pół wieku tradycji”. Autorka pisze, że moja sztuka jest jak latarnia, która oświetla fragment kultury narodowej – sztukę ludową i nieprofesjonalną – i nie pozwala, by naród polski o niej zapomniał. Kocham Polskę i dla niej chcę żyć jak najdłużej!

Wierzę, że moja twórczość sprawia, iż ludzie zaczynają inaczej myśleć o sztuce – zaczynają ją kolekcjonować, a nawet sami próbują swoich sił w rzeźbie.

 

 

Zatem – co chciałby Pan przekazać młodym ludziom poprzez swoje prace?

TK: Przede wszystkim prawdę i dobroć. Prawdę – bo wierzę, że piękno zwycięży. I dobroć – bo wierzę, że dobro zwycięży.

W moich rzeźbach obecne jest dobro: łagodność, przyciąganie i spokój. Wielu ludzi odczuwa powrót pogody ducha –  jakby duchowe przebudzenie rodzące się z obcowania z moimi rzeźbami. Bardzo wiele osób w Polsce mówi, że doznaje dzięki nim wewnętrznego spokoju, a nawet umocnienia wiary w Boga.

A poza tematami biblijnymi – jakie jeszcze motywy podejmował Pan w swojej twórczości? Proszę wymienić kilka.

TK: W mojej twórczości pojawiają się motywy tradycyjne, takie jak sceny z życia codziennego – chrzest czy opłakiwanie zmarłego. Ważną i szczególnie inspirującą postacią jest dla mnie również święty Łukasz Ewangelista.

W pracowni rzeźbiarza.

 

Czy ma Pan jakieś marzenia, projekty rzeźb, które chciałby Pan zrealizować?

TK: Tak! Chciałbym robić kompozycje. Prawdopodobnie zainspiruje mnie święty Franciszek.

A za co kocha Pan świętego Franciszka tak bardzo?

TK: Święty Franciszek to była sama dobroć. Kochał tak samo jak ja – ptaki i zwierzęta.

A czy myślał Pan kiedyś o tym, żeby pozostawić jakieś przesłanie dla młodych twórców ludowych? Czy są w Kutnie młodzi, którzy chcieliby kontynuować tę tradycję rzeźby?

TK: Mam wielu uczniów, przeważnie dorosłych. Teraz bardzo dobrze zapowiada się pan Artur Matusiak – robi świetne rzeczy. Ale proszę Pani, nie da się wszystkiego przekazać.

Rzeźba Tadeusza Kacalaka pt. „Baba z kurą” z 2012 roku, znajdująca się w zbiorach etnograficznych Muzeum Pałacu Saskiego w Kutnie. Zdjęcie udostępnione dzięki uprzejmości pani Sylwii Kacalak.

 

Ilu Pan miał uczniów?

TK: Dużo… no może dziesięciu. Moja mama pierwsza zaczęła tworzyć, nie naśladując mojego stylu, ale w rzeźbie. A moi synowie piękne robili ptaki, ale nie chcą już kontynuować rzeźbienia…

Udało nam się zobaczyć Pańską galerię kolekcjonerską. Czy ta własna galeria sztuki ma znaczenie dla lokalnej społeczności? Czy ludzie wiedzą, że Pan ją prowadzi?

TK: Wiedzą. Przez wiele lat była udostępniana, teraz staram się wszystko uporządkować, ale nie mam już zdrowia. Trzeba by zatrudnić kogoś, kto by się tym opiekował.

Zdobył Pan kilka nagród i wyróżnień. Co dla Pana znaczą? Czy wpływają na Pana twórczość?

TK: Nie, to chwilowa radość. Nie zostaje w człowieku.

A honorowa nagroda Prezydenta Miasta Kutno dla twórców i ośrodka kutnowskiego?

TK: Otrzymałem medal i odznakę miasta Kutna oraz nagrodę prezydenta w dowód uznania i szczególne zasługi w zakresie działalności artystycznej. Mój galerzysta ze Stanów mówi: „Tobie dzisiaj kasa jest potrzebna, a nie dyplomy…” I muszę przyznać, że ma rację – czasem dadzą dyplom, a człowieka i tak oleją.

Czuję, że jest Pan artystą spełnionym!

TK: O Boże, tak! Wiele osób mnie zna, zazdrości mi moich zbiorów, a niektórzy próbują kolekcjonować sztukę tak jak ja.

Czy kiedy Pan tworzy, ważne jest dla Pana, aby otoczenie w pełni sprzyjało pracy twórczej?

TK: Nie wiem… Żona mówi, że bywałem trochę despotą. W przeszłości dzieciaki musiały być już w łóżkach, kiedy zabierałem się za rzeźbienie. Gdy tworzyłem, potrzebowałem ciszy.

Nie lubił Pan słuchać muzyki w tle?

TK: Lubię, ale teraz też nie słucham radia. Chociaż jak chcę posłuchać muzyki wiejskiej – kocham taką – to sobie włączam.

Czyli jaką muzykę Pan lubi?

TK: Proszę Pani, każdą! Nawet poważną. Bardzo lubię Fryderyka Chopina, a także dynamiczną muzykę klasyczną, na przykład walce Johanna Straussa z Wiednia, transmitowane w Nowy Rok. Naprawdę cenię muzykę poważną, choć nie znam się na niej zbyt dobrze.

Warsztat pracy pana Tadeusza.

Pana twórczość wyrasta z ludowości, ale weszła w zupełnie inny wymiar artystyczny. Skąd czerpie Pan inspiracje? Czy zdarza się Panu, że rzeźby przychodzą we śnie?

TK: O Jezus! (śmiech) Proszę Pani, ze sztuką żyję cały czas – niech żona powie. Siedzę w Internecie, oglądam wystawy, obserwuję innych artystów. Interesuje mnie zarówno sztuka wysoka, jak i „niska”. Cenię sztukę Władysława Hasiora – osobiście spotkałem go kilka razy.

Kto Pana najbardziej inspiruje? Których artystów kocha Pan najbardziej?

TK: Spróbuję wymienić kilku: Władysław Hasior, Magdalena Abakanowicz – jej grupy przestrzenne, wielka odwaga w sztuce. Podoba mi się też Pablo Picasso – odwaga, eksperyment. Vincent van Gogh – radość tworzenia, kolorystyka. Każdą sztukę mniej więcej lubię, bo w każdej coś odkrywam.

Rzeźba „Pieta”, wykonana przez Tadeusza Kacalaka.

A jeśli chodzi o sztukę naiwną, którą Pan zbiera, co w niej najbardziej Panu odpowiada?

TK: Szczerość, prostota – płynąca prosto z serca. To dzieła intuicyjne – autor myślał, malował i tworzył tak, jak czuł, nie przejmując się akademickimi regułami. To jego własna kreska, prawdziwa i niepowtarzalna.

Czy mógłby się Pan podzielić jakąś wyjątkową historią z życia, która miała duże znaczenie w Pana twórczości?

TK: Wszystko, co się dzieje, przyjmuję spokojnie. Na przykład nagroda Kolberga w 2004 roku – nikt nawet nie spodziewał się, że ją otrzymam. To prestiżowa nagroda dla twórców ludowych.

Czy zdarzyło się Panu kiedyś poczuć zwątpienie, moment, w którym nie chciał Pan rzeźbić?

TK: Nie, nigdy. Wie Pani, myślę od dawna – gdybym nie mógł chodzić i był przykuty do łóżka, syn zrobiłby mi podpórkę i nadal mógłbym malować. Już wcześniej namalowałem około pięćdziesięciu obrazów.

Rzeźba dłuta pana Tadeusza pt. „Matka Boska Anielska”.

Co one prezentowały?

TK: Malowałem akwarelą, przedstawiając życie – ludzi, wesela, zwyczaje na wsi. Obrazy muszą żyć,
w pejzażu nie może brakować życia: ani ptaszków, ani ludzi. Nikt tak nie maluje.

A podsumowując – ile mniej więcej rzeźb Pan stworzył?

TK: Mniej niż ci, którzy pracują bardzo szybko – oni liczą swoje prace w tysiącach. Ja zdecydowanie mniej.

Kto archiwizuje Pana twórczość?

TK: Nikt. Nie dbam o to. Po co? Jeśli żona będzie żyła – to pewnie ona, a potem synowie… Był taki moment, że chciałem tworzyć zupełnie w ukryciu, ale się nie da – ciągle zamawiają nowe prace, telefon dzwoni non stop ☺

Panie Tadeuszu, wygląda na to, że wycisnął Pan życie jak cytrynę ☺

TK: Niczego nie żałuję. Najbardziej cieszę się z życia rodzinnego i wsparcia żony. Moje rzeźby pozostawiają ślad w świecie, choć nie dla sławy ani pieniędzy, ale jako most między pokoleniami i opowieść o pięknie i dobroci ukrytej w drewnie.

Panie Tadeuszu, bardzo dziękujemy za poświęcony nam czas, inspirującą rozmowę oraz udostępnienie pracowni. Możliwość obserwowania Pana pracy była dla nas wyjątkowym doświadczeniem i wywarła na nas ogromne wrażenie!

 

*

Wywiad powstał w styczniu 2026 r.

Autorka wywiadu: Joanna Zawierucha-Gomułka / Rzeczy Piękne
Fotografie: Bartosz Cygan / Rzeczy Piękne

Wywiad zrealizowany na zlecenie krakowskiej Fundacji Burza Mózgów.

Szczególne podziękowania dla Pani Sylwii Kacalak z Muzeum Pałacu Saskiego w Kutnie za udostępnienie zdjęć prac Tadeusza Kacalaka ze zbiorów tego muzeum oraz za pomoc merytoryczną i udostępnienie katalogów wystaw.

Previous StoryJednoosobowy kolektyw

Related Articles:

  • _MG_4517
    Jednoosobowy kolektyw
  • _MG_4684
    Wycinanka jako narzędzie wyobraźni

Comments: no replies

Join in: leave your comment Cancel Reply

(will not be shared)

PODCASTY

O projekcie

Ostatnie wpisy

  • Modlitwy ukryte w drewnie
  • Jednoosobowy kolektyw
  • Wycinanka jako narzędzie wyobraźni
  • Geometria zapisana w koronce
  • Z tiulu i wspomnień
  • Ślady na skorupkach

Spotkania w pracowniach

© RZECZY PIĘKNE 2025
Publikowane teksty i zdjęcia są autorskie i podlegają ochronie.
W przypadku pytań prosimy o kontakt: info@rzeczypiekne.pl
  • O PROJEKCIE
  • ZESPÓŁ
  • KONTAKT
Ta strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.ZgodaPolityka prywatności